piątek, 17 sierpnia 2007


***
w sumie dość dziwna mieszanina patosu i rodzinnego pikniku...
ale jeśli odłożyć na bok cały bagaż zbędnej ideologii, to dla mnie super:-)
z Beskidu na Tatry
kalafiorek:-)

chałupa pod Łąckiem
to stamtąd pochodzi śliwowica...
wciąż pod parą...
Parowozjada 2007!
***
bardzooo spokojny, bardzo leniwy Paryż...
Tuluza, miasto od stóp do głów w cegle...
We Francji, w Tuluzie, "różowym mieście", trafiłem na fantastyczną rzecz : Fete de la Musique;
od 1982 roku, każdego 21 czerwca w całej Francji, od zapadłych wiosek po metropolie, tej nocy KAŻDY może grać na ulicy, wszystkie konfiguracje, każdy rodzaj muzyki, trzeba tylko znaleźć kawałek wolnego chodnika i rozstawić sprzęt, od wielopokoleniowych rodzinnych bandów grających Beatlesów, przez fankujące kapele, metalowe grania po miniaturowe techno party mieszczące się w podwórkach, wszystko, super klimat, dlaczego u nas tak nie ma...?
przebijam się przez Pireneje...

w Zaragozie niewątpliwie byłem...
ale przez tych dwóch nie wykroczyłem właściwie poza Plaza Mayor:-)

ciepły naród w tej Zaragozie... zagrają, poczęstują, przenocują i jeszcze na wylotówkę wywiozą:-)

dostałem na pożegnanie płytę z autorskim reggae/flamenco
główny hit poleciał kiedyś późno w nocy na Dobrej:-)
:-)

***

Madryt mnie wykończył, fizycznie i psychicznie, dziki tłum ludzi, tysiąc samochodów na metr kawadratowy, huk i zamęt, a nad całym tym bajzlem lata policyjny helikopter z wielką kamerą...totalitarny koszmar

z drugiej strony to w Madrycie spotkałem gościa, który półtora roku temu zaczął się uczyć polskiego i dziś już mogliśmy sobie uciąć pogawędkę o poezji p. Białoszewskiego...po polsku
nieprawdopodobny...:-)
***
sztuka ulicy...
dworzec kolejowy w Madrycie:-)
***

Salamanca, nie do opisania i pokazania, miasto jak makietka z ciepłego drewna....

wnętrze katedry

***
cała Guarda w kamieniu...
i pusto, sjesta, starsze panie w czerni i rozgrzane do białości ulice
Guarda, średniowieczne miasteczko pod granicą hiszpańską, na cholernie wysokiej górze, daleko od autostrady, na którą nader ciężko było później wrócić...:-)
tamtejski uniwerek, coś koło tysiąca lat tradycji
Coimbra, miasto kotów
no i wściekle rozrzewniający ostatni wschód słońca, dwie godziny później dotarłem na stację benzynową pod Lizboną i hejaaaa, w świat...
***

dzień jak codzień, jeden z ostatnich
fota Marty, lojalnie przyznaję:-) i i dziękuję za udostępnienie
...
słońce, przestrzeń, Alfama, tak było
późno w noc, jak zwykle miło poudawać, że się umie grać na gitarze...:-)
..ale i tak okazało się , że pieniądze leżą w piachu i obnośny handel muszlami prosto z pudła zrobił furorę, powodując szok i frustrację autochtonów...:-)
działał Bar du Bosque, połączony z minigalerią...

i w trakcie...
Alfama w przeddzień, a właściwie w przednoc fiesty, jeszcze cicho, pusto i spokojnie...
ostatnie wypady na caparicę
po raz pierwszy oglądałem odbicia ( nie cienie) chmur w morzu
czym się w życiu przejmować...?
codzienny dylemat , JEDYNY : w prawo czy w lewo...? :-)
na czubku Sao Jorge, nieskończone pastwiska urywają się dwustumetrowym klifem;
...
kompletne odludzie, dojście tylko na piechotę, ale spotkałem tam jednego, w sumie pierwszego na wyspach, turystę : miał wielki plecak, karimatę, w dłoni kijaszek, ubrany w starą koszulę flanelową, na szyi apaszka...
niesamowite wrażenie, że już go gdzieś widziałem:-)