środa, 3 października 2007

50% druzyny ratuje san juan przed skutkami oczekiwanego tutaj lada dzien trzesienia ziemi, przeprojektowywujac wszystkie budynki w miescie, druga polowa, coby nie zasniedziec, ruszyla w andy...

w koncu jakies gory, jakies, za przeproszeniem, zadupie...

zagubiony w goerach autodrom, ryk silnikow odbijal sie od skal
i trwal...:)

zar z nieba, zero cienia,najwieksze drzewa w skali polskiej pietruszki...

happening o zachodzie, w tle rytmy tanga
ochrona wizerunku miasta...?
to jest wizerunek miasta...
szwendanie
ostatnia wieczerza z Tomasem i Pilu, oczywiscie asado, czyli pol krowy na glowe...
:)
Rosario
rozlozone nad rzeka, po jednej stronie w miare nowoczesne centrum , po drugiej zielona pampa po horyzont
z ta Ameryka to sciema, zamelinowalismy sie w Zalesiu...
zawod : wyprowadzacz psow, bardzo popularny w buenos;
zadziwiajace jest to, ze psiska spaceruja, czekaja, siedza i bawia sie w calkowitej zgodzie...

juz kilka razy zacytowano nam argentynski truzim cyt. : W Argentynie latwiej jest powiedziec rodzicom, ze sie jest gejem, niz wegetarianinem...
:)
a o pomidora ciezko...