
z listu...
"...ciepło i przytulnie, tym bardziej, że na moim ramieniu, wspierając w moją szyję pazurzaste łapy i mrucząc jak conajmniej dwa silniki bombowca leży Pan Marquez, dachowiec czystej wody, król Alfamy i przyległości, przyniesiony w sposób mało godny w pudełku dzis wieczór ze sklepu, w którym to Tani przyszło pracować, a przy okazji zasiedziałymi kocurami się opiekować. Pan Marquez zostanie poddany jutro mało przyjemnemu zabiegowi, który jednakże wcale jest popularny wśród niewyżytych sierściuchów, co za tym idzie , patrzę na niego wzrokiem pełnym współczucia i staram się, w miarę mozliwości, umilić mu ten wieczór... Pan Marquez ze swojej strony rewanżuje się tym samym, ze spokojem godnym stoika przyjmuje widmo skalpela, nie robi scen, nie tłucze naczyń, więc wieczór upływa nam w atmosferze pełnej akceptacji, wzajemnego zrozumienia i kompletnego oderwania od świata zewnętrznego i przyziemnych spraw jego..."
***
zdjęcie b&w , coby mi jedna zaraza z drugą nie wypominały nosa....