
no to jedziemy z tym blogiem...
***
na pierwszy ogień Porto, miasteczko wcale nie małe, pięknie i rozłożyście siedzi okrakiem nad rzeką Duero, po jednej stronie do samej wody schodzi wąskimi, wściekle urokliwymi ulicami stare miasto, po drugiej biją po oczach wielkie białe litery nazw producentów Porto, wymalowane na krytych dachówką dachach magazynów. No a całość spięta cudem konstrukcyjnym, Ponte du Luis...
Nocleg u couchsurfera, dusza człowiek, aktor z teatru, filmu i wszystkiego, co podejdzie, żadnej pracy się nie boi, niezłe lokum na ostatnim piętrze kamienicy, w sumie w centrum, widoki omalże po horyzont, chaos wręcz artystyczny, do którego byliśmy niewielkim dodatkiem...W warszawie był, nie podobało mu się, ale co on tam wie...Acha, i nie zamyka drzwi na klucz, co za tym idzie, my też nie zamykaliśmy, zabawne uczucie...:-)
Zdeptaliśmy Porto we wszystkich możliwych kierunkach, a na wieczór rzuciło nas , razem z Rui i jego serdecznym kolegą, imienia nie pamiętam, zabawny typ, coś jak Begnini z gęby, 1000 słów na minutę i podskakuje, do przemiłej knajpy, coś w stylu zagłębia na Dobrej, stara kamienica, dwa poziomy, na dole reggae i podwórko z palmami, na górze sam już nie wiem co, chyba wszystko po kolei , pozytywny tłum, i wszystko ,rzecz jasna, w ziołowych oparach.
No a rano zerwałem sobie pomarańczę prosto z drzewka, nie jakieś tam paskudztwo , co to rośnie na ulicach, ale soczysty, słodki znak lepszych czasów:-) w styczniu. życie jest piękne...
...
Porto słynie z kiepskiej pogody, wilgotny klimat, niezły dla winogron, ale jak dla mnie, ciut za mokro, mimo wszystko, żal się było zbierać. A jaki mają dworzec kolejowy....:-)
1 komentarz:
z punktu A do punktu B
robi wrażenie
Prześlij komentarz